|
|  |
Viento Blanco - kronika andyjskiej przygody
Viento blanco to po hiszpańsku białe piekło - andyjski wiatr osiągający w porywach 100 km/h . Jego siłę odczuli na własnej skórze uczestnicy sześcioosobowej ekipie wyprawy SKI ALPINO CHILE 1999. Los Diablos Polacos zamierzali dokonać pierwszego narciarskiego, zimowego wejścia i zjazdu z chilijskiego giganta - Cerro el Plomo (5460 m n.p.m.). Viento blanco uniemożliwił ten zamysł, ale nie przeszkodził w przeżyciu wspaniałej andyjskiej przygody.
11 sierpnia 1999 roku, środa - początek przygody. W tym dniu świat zupełnie zwariował. Słońce, zamiast świecić, zaćmiło się, ludzie jechali setki kilometrów, żeby zobaczyć to, czego nie widać, a my, aby nie psuć tego wariackiego nastroju, zamiast na plażę wybraliśmy się na narty. Nasz samochód, z 500-kilogramowym ładunkiem powoli przemieszczał się w stronę stolicy, mijając przewrażliwionych Polaków, jadących na długich światłach, bo przecież było zaćmienie. Po załatwieniu ostatnich formalności w Warszawie, w czwartek, 12 sierpnia przy pomocy British Airways odlecieliśmy przez Londyn do Santiago.
Po szesnastu godzinach lotu wylądowaliśmy w Buenos Aires. Lądowanie w stolicy Argentyny bardzo wczesnym świtem zrobiło na nas ogromne wrażenie. Teraz już wiemy, że pierwsze słowa "Takiego Tanga" Budki Suflera ("Na sali wielkiej i błyszczącej tak jak nocne Buenos Aires, które nie chce spać... ") są bardzo prawdziwe. Potem był lot do Santiago. Na lotnisku oczekiwał na nas Juan Manuel Sepulveda z Patrullas de Ski - nasz koordynator, którego rok wcześniej gościliśmy w Zakopanem.
Nastawieni na srogą zimę, opatuleni polarami, daliśmy się nieżle zaskoczyć. Temperatura w Santiago wynosiła bowiem około 18 stopni, pełne słońce i tylko w oddali majaczyły zaśnieżone szczyty. Wymiana pieniędzy, zakupy żywności i ... szybciutko w góry - po przygodę. W godzinach popołudniowych wysokogórską drogą dotarliśmy do Farellones, gdzie miała być nasza baza w schronisku Patrullas de Ski. Wieczorem odbyliśmy kurtuazyjną wizytę w dyrekcji centrum narciarskiego Colorado, gdzie wstępnie ustaliliśmy nasze wspólne dyżury ratownicze i wynegocjowaliśmy bardzo "kurtuazyjną" cenę biletów na wyciągi. Oprócz przygody czekały nas obowiązki w postaci nawiązania instytucjonalnych kontaktów pomiędzy TOPR a Chilijską Organizacją Ratownictwa Górskiego (Patrullas de Ski de Chile} oraz przeprowadzenia specjalistycznego szkolenia dla jej członków.
14 sierpnia, sobota. W ramach aklimatyzacji zapoznawaliśmy się z głównymi trasami narciarskimi rejonu Colorado. Już na wstępie uderzyła nas niesamowita rzecz dotycząca śniegu. Przy temperaturze oscylującej w pobliżu +2 stopni i pełnym słońcu, śnieg był zmrożony i szybki. Wspaniale przygotowane trasy i system wyciągów powodował, że jazda stawała się rozkoszą. Jeździliśmy do późnych godzin popołudniowych.
Niedziela była dla nas pierwszym dniem zajęć. Przed południem wspólny dyżur z ratownikami chilijskimi, a później wypad na fokach na wierzchołek Cerro Colorado o wysokości 3333 m n.p.m. Zjazd w świeżym śniegu zaliczyć można do wyjątkowo rozkosznych. Wieczorem, na spotkaniu z prezesem Patrullas de Ski Hassanem Fendezem, ustaliliśmy program szkoleniowy. 23 sierpnia w Santiago mieliśmy odbyć prezentację połączoną ze szkoleniem tamtejszych ratowników, dla których udział był obowiązkowy.
Tak więc na górską działalność pozostał nam tylko tydzień. Trzeba się było ostro zabrać do roboty. Już następnego dnia, w poniedziałek 16 sierpnia, odbyliśmy rekonesans na fokach na Cerro Negro o wysokości 3470 m n.p.m. by ustalić drogę zimowego wejścia na El Plomo.
17 sierpnia, wtorek. Kolejny wypad aklimatyzacyjny w rejonie Tres Puntas (3670 m n.p.m.) oraz zjazd terenowy w kierunku Cerro Negro. Niestety, znad Pacyfiku widać było nadchodzący front atmosferyczny. Andrzej Lejczak i Marek Rogalski podeszli na fokach w dolinę wyprowadzającą w kierunku El Plomo, natomiast my zjechaliśmy do Valle Nevado (3025 m n.p.m.).
Valle Nevado, czyli Śnieżna Dolina jest nowoczesnym centrum narciarstwa, zbudowanym 16 lat temu przez Francuzów, a ostatnio zakupionym przez prywatnych właścicieli chilijskich. System wyciągów, wspaniałe trasy i luksusowy hotel stawiają ten kurort na równi ze słynnymi alpejskimi ośrodkami narciarskimi. Po bardzo sympatycznej wizycie u pani Miriam Torralbo - dyrektora narciarskiego tego ośrodka, uzyskujemy możliwość nieodpłatnego korzystania z wyciągów oraz prawo do poruszania się poza przygotowanymi trasami. Omówiliśmy również sprawę przyjęcia grupy polskich narciarzy w sezonie 2000 i warunki ich pobytu. Wieczorem, przez Cerro Colorado, wróciliśmy do Farrelones.
Nazajutrz, grupa szturmowa w składzie: Andrzej Lejczak, Andrzej Blacha i Marek Rogalski zostaje w schronisku, przygotowując sprzęt i żywność niezbędne do ataku na El Plomo. Pozostali natomiast udają się do Valle Nevado, dokonać rekonesansu tamtejszych tras narciarskich i przygotować logistykę dla grupy atakującej.
Po południu, nasz koordynator, a jednocześnie chilijski uczestnik ataku na El Plomo, podczas zjazdu z Tres Puntas ulega wypadkowi i z uszkodzeniem kolana zostaje przewieziony do kliniki.
19 sierpnia, czwartek. Dzień rozpoczęcia ataku na El Plomo. Zdawaliśmy sobie sprawę, że mamy tylko jedną szansę wejścia. Jeżeli nastąpiłoby załamanie pogody, nie mielibyśmy czasu na drugą próbę. Pomimo niepomyślnej prognozy postanowiliśmy wyruszyć. Nie mieliśmy nic do stracenia. O 6. rano grupa szturmowa skierowała się w kierunku Valle Nevado. Specjalnie dla nas uruchomiony wyciąg wywiózł ekipę na Tres Puntas. Niestety na jego szczycie zastaliśmy, wspomniane w tytule białe piekło, a doliny górskie od strony Pacyfiku wypełniły się białymi chmurami.
Nie wróżyło to nic dobrego, ale nie dawaliśmy za wygraną. Po południu, zespół szturmowy dotarł do Piedra Numerada, a wieczorem do La Joya, na rozległe pleteau lodowcowe. Tam w ostatniej chwili udało nam się rozbić namiot. To, co rozpętało się potem, nie da się porównać z niczym innym. Wiatr o sile huraganu przewracał wszystko. Najlepiej przekonał się o tym Andrzej Lejczak, który wyszedł z namiotu z kamerą, próbując nakręcić kilka ujęć. Wszystko fruwało. Namiot zabezpieczony nartami, dodatkowymi odciągami oraz przezornie ukryty za skałą, do której był zakotwiczony hakami, dzielnie zmagał się z wichurą.
Następnego dnia, w piątek, Cerro El Plomo znikło w śnieżnych chmurach. Ekipa asekurująca przejechała na nartach przez Colorado de Valle Nevado, próbując nawiązać kontakt radiowy z grupą szturmową. Mimo wielu prób nie udało się nam tego dokonać i rozpoczęliśmy trudny odwrót w śnieżnej zamieci, by w końcu szczęśliwie dotrzeć do schroniska. Ponieważ nadal nie mieliśmy między sobą łączności, zgodnie z sugestią Patrullas de Ski, powiadomiliśmy o sytuacji miejscową placówkę Carabinierros.
21 sierpnia, po 48-godzinej zamieci, pogoda się poprawiła, ale opad śniegu w partiach wysokich przekroczył metr. Farellones i okolice pokryte były 40-centymetrową warstwą świeżego śniegu, który przysypał nawet stoki gór schodzących do Santiago! Przed południem chmury odsłaniają widok na El Plomo. W partii podszczytowej nadal szaleją pióropusze śniegu porywanego z lodowców. Systemem wyciągów docieramy na Colorado, skąd zjeżdżamy w grubej warstwie puchu do Valle Nevado. Z wierzchołka Cerro Negro udaje się nam nawiązać łączność radiową z grupą szturmową.
Nasi koledzy szczęśliwie przetrwali burzę, ale ze względu na duży opad śniegu i ogromne zagrożenie lawinowe nie decydują się na powrót na nartach. Jeden z nich spadł z lawiną około 50 metrów i uszkodził kolano. Po namyśle i konsultacji decydujemy się na wezwanie helikoptera. Ponownie łączymy się z Tres Puntas, a grupa szturmowa potwierdza konieczność pomocy śmigłowca. Za pośrednictwem ratowników chilijskich wzywamy helikopter, który przylatuje z Santiago. W Valle Nevado zabiera na pokład dwóch francuskich ratowników i leci w kierunku Tres Puntas.
Po dwóch bezskutecznych próbach znalezienia ekipy szturmowej śmigłowiec ląduje przy wyciągu, skąd zabiera na pokład Sławka Riemena i odlatuje w stronę El Plomo. Po odnalezieniu naszej trójki i wykonaniu dwóch lotów, ze względu na duże obciążenie, cała grupa znalazła się w Valle Nevado. Po opatrzeniu kontuzji kolana pechowego uczestnika, korzystając z uprzejmości pani Miriam, samochodem hotelowym docieramy do Farellones. Wieczór upływa nam na fetowaniu, wspólnie z ratownikami chilijskimi, cudownego ocalenia Los Diablos Polacos (jak nas ochrzczono).
Niedziela 22 sierpnia jest ostatnim dniem na nartach podczas naszego wyjazdu. Wykorzystujemy ją na prace filmowe i jeździmy do granic wytrzymałości. Wieczorem wszyscy zjeżdżamy do Santiago, gdzie nocujemy w domu innego pechowca - Juana Manuela.
Poniedziałkowe przedpołudnie upływa nam na zwiedzaniu Santiago, które wita nas deszczem - pierwszym i ostatnim tej sierpniowej zimy. Wieczorem odbywa się spotkanie szkoleniowe z ratownikami Patrullas de Ski de Chile, podczas którego prezentacje dotyczące historii TOPR, systemu szkolenia w Polsce, elementów szkolenia lawinowego oraz wykorzystywania psów lawinowych prowadzą Andrzej Blacha, Sławek Riemen oraz Andrzej Lejczak. Tłumaczem jest Zdzisław Ryn. Nasze wystąpienia, poparte materiałem filmowym robią bardzo duże wrażenie, czego dowodem jest burzliwa dyskusja i deklaracja nawiązania szerszych kontaktów pomiędzy grupami ratowniczymi z dwóch różnych końców świata.
Po deszczowym dniu w Santiago ranek powitał nas czymś, co wzbudziło sensację nawet u rdzennych mieszkańców stolicy Chile. Szczyty otaczające Santiago pokryte były śniegiem, który leżał niezwykle nisko. O ósmej rano wyruszyliśmy samochodem terenowym do Portillo, aby zrealizować ostatni cel naszej wyprawy. Piękną doliną rzeki Aconcagua, serpentynami pięliśmy się wśród ośnieżonych szczytów ku granicy z Argentyną. Po kilku godzinach dotarliśmy do Juncal, gdzie znajduje się górska siedziba Escuela de Montana de Ejercito de Chile, czyli Wojskowej Szkoły Górskiej.
W przepięknej andyjskiej scenerii, którą podkreślał olbrzymi, szybujący kondor, znajdowała się szkoła, którą trudno porównać z innymi tego typu placówkami na świecie. Bardzo dobrze wyposażona w sprzęt wysokogórski, ze świetną kadrą instruktorów i wielkimi tradycjami zrobiła na nas duże wrażenie. Nawet umundurowanie kadetów z tkanin polarowych i goretexowych wskazywało na duży profesjonalizm. Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci przez komendanta i podjęci obiadem. Następnie udaliśmy się do oddalonego o kilkaset metrów słynnego hotelu Portillo, który jest centrum ośrodka narciarskiego o tej samej nazwie, położonego nad jeziorem Inków. Poza wspaniałymi trasami narciarskimi znajduje się tam również Kilometro Lanzado - żleb do ustanawiania rekordów szybkości zjazdu na nartach. Wysokogórska sceneria i majestatyczna cisza tego miejsca, a także basen z ciepłą wodą znajdujący się na zewnątrz hotelu powodowały, że pobyt w tym zakątku Andów stał się naprawdę wspaniałym i niezapomnianym przeżyciem.
Kolejnym etapem naszego wyjazdu była wizyta w głównej siedzibie Szkoły Górskiej w Rio Blanco. Spotkaliśmy się z dyrektorem szkoły, zwiedziliśmy bardzo sympatyczne muzeum oraz dokonaliśmy wpisu do księgi pamiątkowej. Ostatni dzień wyprawy spędziliśmy tradycyjnie nad Pacyfikiem, zwiedzając słynne kurorty Valparaiso i Vinia del Mar - puste o tej porze roku. 26 sierpnia odlecieliśmy z powrotem do kraju.
Nasza krótka rekonesansowa wyprawa narciarska na koniec świata, mimo, że nie skończyła się sukcesem sportowym, przyniosła wiele dobrego dla wspólnych kontaktów polsko-chilijskich. Przekonała nas o ogromnych możliwościach, jakie posiada ten daleki kraj oraz o sensie organizowania takich wyjazdów - zostawiania kolejnych polskich śladów na mapach Kordyliery Andyjskiej.
W artykule wykorzystano raport z wyprawy "SKI ALPINO CHILE 1999" autorstwa Z. J. Ryna opublikowany w "Góry i Alpinizm" nr 8(67), 1999, str. 39-41, oraz w "Głos Polski" (Buenos Aires Argentyna) nr 38 - 40 październik 1999 r.
Tekst: Wojtek Witos, Marek Rogalski, Zdjęcia: Z.J. Ryn, M. Rogalski
|
Magazyn NarciarSKI nr 14 - listopad 2001
|
|