SKI.wyd.pl
Nowość!
Sklep
ReklamaRejestracjaBiuletynKlipyNapisz do nas
sklepreklamarejestracjabiuletynklipynapisz do nas
Strona GłównaNowościSprzętWarunki na stokuGdzie na nartyTurystykaPoradyFreeskiArchiwumRóżności

Tam gdzie mieszkają niedźwiedzie-Kamczatka

„Jak ekstrema to ekstrema” -powiedzieliśmy wraz z Maciejem Wittem i Bartkiem Dobrzyńskim. Wiedzieliśmy, że jeżeli przewieziemy plecaki i narty szczęśliwie na Kamczatkę to reszta musi się udać. Plan był ambitny: zjazd na nartach z najwyższego czynnego wulkanu Azji - Kluczewskaja Sopka 4700 m n.p.m. Z takim postanowieniem stawiliśmy się w trójkę, 15 sierpnia 2001 roku, na dworcu w Poznaniu.

fotoPodróż koleją transsyberyjską
Jako środek transportu wybraliśmy kolej transsyberyjską -najdłuższy trakt kolejowy na świecie, ponieważ w czasie wyprawy chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć i doświadczyć. 
Czekała nas podróż przez całą, wielką Rosję. Dużo czytałem o wyprawie koleją, która nie jednego przyprawiała o dreszcze, ale też odkrywała zupełnie nowy obraz wielkiego mocarstwa.

W Moskwie, po oczekiwaniu 12 godzin na bilet, wsiedliśmy do pociągu. Oczywiście nie było biletów do samego Władywostoku, ale Nowosybirska, gdzieś jednej czwartej wycieczki. Choć w Moskwie powiedzieli, że im dalej w głąb kraju tym łatwiej dostać bilety, w Nowosybirsku również okazały się nieosiągalne. Musimy czekać. Dojazd na Kamczatkę zapowiada się na około 12 dni, tyle ile średnio wczasy w Tunezji...

Wsiadamy w pierwszy pociąg jadący w pożądanym przez nas kierunku. Musimy uważać żeby nie zasnąć, bo ten pociąg skręca do Mongolii i jak nie wysiądziemy w Irkucku, to możemy obudzićsię z nartami w... Ułan Bator! W Irkucku kupiliśmy dwa bilety do Chabarowska, trzeci będzie osiągalny za...trzy dni. Dostaliśmy bilety do wagonu „płackarnego”, gdyż w normalny przedział był nie do zdobycia. Jeden z nas za łapówkę mógł jechać w przedziale służbowym z obsługą pociągu.

Kilka słów dla niewtajemniczonych, co to jest wagon „Płackarny”: otóż, to wagon-legenda. Pomysł Rosjan na pokonywanie tysięcy kilometrów po jak najniższych kosztach. Wszyscy w jednym przedziale, jakieś 50 osób, prycza w pryczę, bez klimatyzacji, ścianek działowych, otwieranych okien. Jeżdżąca wieża Babel - inteligencja, robotnicy, bandyci, prostytutki, dzieci, starcy i my. Czuliśmy się jak sardynki w puszce z ruskiej blachy, ciało przy ciele, oddech przy oddechu, stopa przy stopie, ilość osób i „wyziewów” była powalająca. Za oknem naszego przedziału nastąpiła długo oczekiwana zmiana. Znacznie więcej przestrzeni, drzewa liściaste powoli ustępują drzewom iglastym, zaczyna się Tajga, wsie bardzo ubogie, na taką Rosję czekaliśmy.

Wysiedliśmy na ostatniej stacji kolei transsyberyjskiej, po 11 dniach podróży, przekraczając 9 stref czasowych i 12tys. kilometrów. Wreszcie wysiedliśmy na „ląd”.
Poszliśmy w dobrych humorach do przybrzeżnej knajpki, jednak sprawialiśmy wrażenie szczęśliwych ludzi, bo szybko nam uświadomiono, że to nie nasz teren i tu śmiać  się mogą tylko miejscowi. Nasz rosyjski kolega, zapoznany w pociągu, próbował załagodzić narastający konflikt, potem już tylko widzieliśmy jak podjechał samochód, wzięli Sergieja i skopali do nieprzytomności. Nie mogliśmy nawet pomóc, bo nagle cała mafia portowa zaczęła zbierać  się wokół nas. Ucieczka co sił w nogach była jedynym rozwiązaniem. Trzeba było jak najszybciej lecieć na Kamczatkę. Kupiliśmy 3 bilety, na które czekaliśmy 10 godzin, ale już byliśmy pewni, że zobaczymy krainę wulkanów.

fotoNie ma żartów z misiami
Wylądowaliśmy późnym wieczorem, za kilka drobiazgów pozwolono nam przenocować na lotnisku. Żołnierz opowiadał nam godzinami jak niedźwiedzie zagryzają każdego roku turystów. Pytał jaką mamy broń, a nasze czekany uznał jako dobre na odganianie zająca. Na Kamczatce nie ma żartów z misiami, jest ich tu najwięcej na świecie. Są agresywne i wielkie. Tubylcy boją się przemieszczać na piechotę ze wsi do wsi, bo boją  się ataku tych zwierząt. Psychoza strachu, czyżby groźniejsze od góry okazały się drapieżne zwierzęta? Trochę nas przeraził swoimi opowieściami.

Rano wynajęliśmy busa, czekało nas 500 km szutrowej drogi do najbliżej wsi, koło naszej góry. Asfalt kończy się 10 km za lotniskiem i dalej zaczyna się dzicz. Nie ma kolei, autobus jeździ raz dziennie. Jechaliśmy w przepięknej scenerii gęstych lasów, przemierzaliśmy potoki pełne łososi, korzystaliśmy z promów, aby pokonywać liczne rzeki. Zamieszkaliśmy u przewodnika, który tak samo straszył nas krwiożerczymi niedźwiedziami i opowiadał,że wysoko już nadciąga zima.

Rano zawieziono nas gazikiem jakieś 30 km do najdalszego punktu, skąd mogliśmy dojść do I bazy. Wyposażeni w benzynę, szmaty do palenia, w rękach kuchenki gazowe, czekany i wszystko to, co miało odstraszyć niedźwiedzie, wyruszyliśmy w góry. Dostaliśmy wytyczne, aby w razie zagrożenia formować szyk, nie uciekać pojedynczo (biegają 50 km/h), tylko bronić  się w trójkę. Podpalając benzynę i cały czas robiąc hałas jest szansa, że miś ucieknie.

Szliśmy długo przez las uderzając kijkami o kaski (według rad), pogwizdując i krzycząc co pewien czas. Ścieżka z pyłu wulkanicznego biegła w gęstwinie lasu, widoki niczym z parku jurajskiego. Przez wiele godzin nie mieliśmy pojęcia czy idziemy w dobrym kierunku.
Stanęliśmy na niewielkiej polanie i naszym oczom ukazał  się najwyższy czynny wulkan Azji - Kluczewskaja Sopka. Samotny biały kolos dymił  się na szczycie, a u podnóża wił  się bezkresny lodowiec brudnego lodu i pyłu. Regularny pokryty śniegiem stożek kontrastował z kamczackimi różnokolorowymi łąkami. Na dole jeszcze nie było oznak zimy, choć temperatura wieczorem była bliska zeru. Zostaliśmy na noc w szałasie, specjalnie stworzonym do przetrwania.

Rano pogoda była piękna, naszym celem tego dnia było dotarcie do głównego lodowca.Przez dłuższy czas szliśmy halami, przekraczając co pewien czas strumienie. Nad horyzontem zaczęły się wyłaniać kolejne wulkany. Nagle Maciej niespodziewanie rzucił  się na ziemię.Kiwnął gwałtownie na nas, żebyśmy zrobili to samo. Wynurzyłem głowę znad kamienia. Jakieś 150 metrów od nas siedział... niedźwiedź! Co robić? Czekany były w pogotowiu, zaczęliśmy odpalać kuchenkę z gazem, nasączyliśmy szmaty benzyną i czekamy... Wyczuł nas, zaczął  się nerwowo ruszać, spojrzał w naszą stronę, zrobił trzy kroki i ...zawrócił. Chyba nie był głodny. Uff! To był mocny moment wyprawy. Czyżby góra to pikuś, a prawdziwą walkę będziemy musieli stoczyć z niedźwiedziami? Taka perspektywa nam się nie uśmiechała.

fotoBłądzimy
Ruszyliśmy dalej, zaczął  się księżycowy krajobraz - szary pył wulkaniczny po horyzont. Mijaliśmy ogromne brunatne skały, stare kratery, wygasłe małe wulkany. Nikogo tu już nie ma, nikt tu nie mieszka, turyści rzadko tu docierają. Czekała nas ciężka przeprawa przez istny labirynt bez wyjścia. Góra, dół, kilkanaście metrów pionowych rozpadlin - cały czas widzieliśmy drugi „brzeg”, jednak klucząc cały dzień nie mogliśmy się przebić przez lodowiec. Koszmar marszu, czuliśmy się jak zamknięci w pułapce. Pod koniec dnia pokonaliśmy teren i dotarliśmy do zielonej polany. Nagroda czekała na nas wspaniała - kolejny szałas, w którym mogliśmy rozbić obóz.

Długo oczekiwana zima, przywitała nas z podwójną siłą. Lód mróz, - kompletnie inna aura niż dzień wcześniej. Musieliśmy okrążyć podstawę wulkanu Bezimiennego, aby móc się dostać na olbrzymie plato pod Kluczewską. Trudno było nam w takich warunkach znaleźć odpowiednią drogę, widoczność ograniczyła się do kilku metrów, mijaliśmy głębokie szczeliny. Po kilkunastu godzinach, kiedy na chwilę chmury się rozstąpiły zobaczyliśmy nasz wulkan, mówiąc delikatnie nie na wprost naszej przebytej drogi, a mówiąc brutalniej, w zupełnie innym kierunku! Nadrabianie drogi zajęło nam jakieś 6 godzin przedzierania się wśród rozpadlin stworzonych przez wylewającą  się lawę. Ten kolos rocznie wyrzuca z siebie 55 ton lawy! Trzeciego dnia rano wyszło słońce i chmury się rozeszły. W końcu mogliśmy zobaczyć gdzie tak naprawdę jesteśmy. Na prawo znajdował  się drugi najwyższy wulkan Azji, Kamen, z olbrzymim lodowcem dookoła podnóża góry aż po horyzont.

Upadek
Cały czas podchodząc mogliśmy patrzeć na wierzchołek, To napawało nas optymizmem, że 
może się uda, że pogoda utrzyma się dobra. Samo podejście było mozolne każdy miał swoje tempo marszu, szedłem pierwszy i nagle zobaczyłem, jak Bartek, choć w rakach, poślizgnął się na lodzie i spadł jakieś 60 metrów w dół. Z Maciejem zamarliśmy.
Na szczęście poza lekkimi obrażeniami nic mu się nie stało, mimo, że wyglądało to groźnie, zgubił narty i dla niego góra już nie była łaskawa, wycofał  się bez szans na zjazd z wierzchołka. Kiwnął ręką, że schodzi do bazy. Miał dosyć blisko, w ciągu 3 godzin powinien być w namiocie.

Zostałem sam z Maciejem. Mijały godziny mozolnej wspinaczki, robiło się coraz bardziej stromo. Niestety z czasem zaczęła nadciągać olbrzymia chmura, która wróżyła tylko jedno -zmianę pogody. Byliśmy już powyżej 4000 metrów, kiedy zaczęły nadciągać kolejne chmury, zaczął wiać wiatr. Temperatura spadła znacznie. Podnóża góry już nie było widać. Nadciągały bardzo szybko chmury od dołu. Wszystko działo się błyskawicznie. Wiedzieliśmy, że już jest niedaleko, że Kamen, który jest 200 metrów niższy pozostał pod nami, ale cały czas nie byliśmy pewni czy dojdziemy. Zaczęliśmy czuć siarkę, która wydobywała się z wnętrza wulkanu. Co 5 metrów robiliśmy przerwę na złapanie oddechu i przeczyszczenie gogli. Mijały godziny. W końcu zapach stawał  się intensywniejszy, a z pod małych pęknięć w lodzie wydobywał  się dym! Spojrzałem w górę i zobaczyłem jakieś 30 metrów od siebie szczyt! Krzyknąłem do Macieja, że jest!

fotoZjazd do pustego namiotu
Stanęliśmy na szczycie. Udało się wejść! Jeszcze tylko został nam zjazd na nartach.
Podszedłem do krawędzi krateru. Z wierzchołka buchał dym, jednak to ciągle aktywny wulkan. Całe kombinezony były pokryte lodem i osadem wydobywającym się z wnętrza. Przygotowaliśmy się do zjazdu. Czekan w jednej ręce, kijek w drugiej i jazda w dół. Tak jak się obawiałem, znalezienie drogi w takiej pogodzie było niemożliwe. Jechaliśmy po omacku kontrolując uważnie jazdę. Co kilkanaście skrętów stawaliśmy, szukając najbezpieczniejszej opcji zjazdu. Żleby miały po kilkaset metrów, niektóre z nich ucinały się przepaścią.
 
Czuliśmy po kilku godzinach,że jesteśmy już nisko, tylko nie wiedzieliśmy czy jechać na prawo czy na lewo. Nastał wieczór. Znaleźliśmy się na wypłaszczeniu. Po wstępnej orientacji terenu okazało się, że dotarliśmy do podnóża sąsiadującego wulkanu- Kamena, znacznie dalej niż chcieliśmy. Cieszyliśmy się, że chociaż wiemy gdzie jesteśmy, ale droga do namiotu była daleka. Liczyliśmy bardzo na Bartka (który pewnie wrócił wcześniej do bazy), na jego sygnały dźwiękowe lub świetlne. Jednak cisza panowała dookoła.

Było już po północy, kiedy dotarliśmy w znajome rejony, ale w takiej zamieci znalezienie namiotu graniczyło z cudem. Byliśmy pewni, że gdzieś tu jest, teren był podobny, ale długo krążyliśmy w kółko. W końcu podjęliśmy decyzję - zjeżdżamy do szczeliny jakieś 15
metrów w dół, aby przetrwać burzę do rana. Mieliśmy jedną folie NRC i jedna świeczkę. W nocy nie mogliśmy zasnąć, było tak zimno, że przytuleni do siebie walczyliśmy z chłodem. Około 6 rano bardzo zmarznięci wyszliśmy na powierzchnię, po około 200 metrach odnaleźliśmy namiot!

Był tak blisko. Po otwarciu wejścia okazało się, że Bartek nie dotarł do namiotu. Jeżeli my, w burzy śnieżnej zabłądziliśmy, ledwo przetrzymaliśmy w dwójkę noc w szczelinie, to co z nim się stało? Pojawiły się najczarniejsze myśli. Mimo, że byliśmy skrajnie wyczerpani musieliśmy wyruszyć na poszukiwania. Do głowy przychodziły nam najgorsze myśli, pewnie burza też go zaskoczyła i nie dotarł do bazy. Po około godzinie zobaczyliśmy idącą postać...

Bartek! Wyglądał jak człowiek, który walczył z żywiołem, cały poobdzierany, bez sprzętu, ledwo szedł, z obandażowaną głową. Żyje, to było najważniejsze. Bartek w burzy poszedł w zupełnie innym kierunku, dotarł do podnóża Kamena i zdecydował  się na nocleg, wykopał jamę w śniegu, obandażował  się, żeby było cieplej i czekał do rana, na szczęście nie zasnął, bo byłby to już koniec. Sam pewnie nie wierzył, że przetrwał „kibel” na Kamczatce, że już jest w namiocie i popija ciepłą herbatkę. Moment otwarcia pustego namiotu po nawałnicy śnieżnej wspominam jako najgorszy.

W drodze powrotnej, przy pięknej pogodzie na spokojnie mogliśmy upajać  się pięknem Kamczatki, jednego z najdzikszych i najpiękniejszych miejsc na ziemi. Jest tu 100 wulkanów, z czego 29 jest ciągle aktywnych. Powoli zostawialiśmy śnieżne góry, już było widać łąki i wioskę na horyzoncie. Wszędzie pojawiały się ślady niedźwiedzi.

Wybraliśmy najkrótszy wariant drogi, szliśmy wyschniętym korytem rzeki. Chcieliśmy zaoszczędzić jakieś 30 km przebijając się przez gęsty las. Swoją drogą musieliśmy wyglądać dosyć oryginalnie maszerując w środku zielonego lasu z nartami na plecach.

Pod wieczór wyszliśmy na piaszczystą drogę. Już było blisko do wsi. Jednak coś było nie tak, zaczęliśmy mijać stare wraki czołgów i wojskowych ciężarówek, aż w końcu minęliśmy lotnisko wojskowe. Dotarło do nas, że chyba właśnie trafiliśmy do tajnej bazy armii rosyjskiej, której oczywiście nie było na mapie. Byliśmy już pewni, że jesteśmy w złym miejscu kiedy podjechał samochód wojskowy a panowie żołnierze zaprosili nas na przesłuchanie. Byliśmy podejrzani o szpiegostwo i żarty się skończyły. Żołnierze traktowali nasz pobyt na Kamczatce bardzo serio i przesłuchania były wyczerpujące, przeszukano nam dosłownie wszystko, łącznie ze starymi skarpetami w stadium rozkładu. Adresy kontakty, powtarzali w kółko a my zasypialiśmy na stojąco, było już nam wszystko jedno jaką karę nam szykują. Nad ranem powiedzieli, że „paszli won”, ale jak nas zobaczą jutro na Kamczatce, to już na niej zostaniemy przez jakiś czas. W celi.

Przygoda z Kamczatką dobiegała końca. W Polsce wydawało nam się, że zjazd ze szczytu na nartach będzie największym wyzwaniem wyprawy, jednak wśród tylu przeżyć była tylko częścią przygód.

Dziękujemy za pomoc w realizacji wyprawy firmie Knorr i głównemu sponsorowi, firmie Augusto.

Foto: Andrzej Wróż

Andrzej Wróż  Napisz! Magazyn NarciarSKI nr 15 - listopad 2002

Copyright ©1998-2010 Skimag.pl