|
|  |
Spitsbergen-„This is very relaxing”
Spitsbergen to wyspa w archipelagu Svalbard. Położona daleko, daleko, na północ za kołem polarnym, pomiędzy 100 a 350 długości geograficznej wschodniej i 740 a 810 szerokości geograficznej północnej. Najdalej na północ wysunięta część Europy. Kraina lodowców, kry i śniegu. Tylko w miesiącach czerwiec - sierpień średnia temperatura dnia i nocy wynosi kilka stopni powyżej zera. Przez pozostałą część roku skrzypiący mróz i śnieg. Noc polarna trwa od 24 sierpnia do 18 kwietnia. Wyspa Vikingów, Normanów, wielorybników i traperów.
Godzina pierwsza w nocy i zupełnie jasno. Pierwszy raz tego doświadczam. Jestem oszołomiony. Ludzie rozbiegają się po płycie lotniska i jak dzieci obracają się wokół własnej osi szukając miejsca na niebie, z którego powinna już dawno nadejść noc. Małe lotnisko Longyearbyen między fiordami, a raczej pas startowy i dwa baraczki. Przyjechały pulki, narty, dwa plecaki i... facet zatrzymuje taśmociąg. A dom? Nasz dom! Śpiwór, namiot, menażki?
Po dwóch dniach decyzja: ja dokupuję ubranie, linie lotnicze pożyczają nam namiot i śpiwór. Maciek wcześniej zabrał im plastikową łyżkę od dania głównego. Mamy zatem we dwóch na 19 dni, czyli 50 posiłków jedną łyżkę i to z małą komorą zupną. Dokładają mi kosmetyczkę, która i tak się nie przyda przez następne trzy tygodnie. Nowy śpiwór do -40° pewnie leci na Majorkę ...
Pierwsze 25 km poszło nam nieźle. Rozkładamy biwak. Zimno, -170C
i wiatr powyżej 20m/s. Temperatura odczuwalna chyba z -30/-350 C. Trochę nie jesteśmy przyzwyczajeni. Tak zimno, że nie rozstawiamy „systemu wczesnego ostrzegania o nadchodzących niedźwiedziach”. Oczywiście ja łapię paranoję, że nas zaraz coś zje i nie mogę spać. Rano okazuje się, że nie tylko ja przeżywałem strachy. Jutro bankowo rozstawimy.
Następnych piętnaście dni przebiega według stałego rytmu. Śniadanie w namiocie (mimo, że na ulotkach rozdawanych przez Gubernatora Spitsbergenu ostrzegano nas - nie gotować w namiocie bo przyjdzie niedźwiedź i was zje). Tylko jak tu, na takim mrozie coś ugotować, żeby nie stracić palców? Po śniadaniu pakowanie klamotów i pierwsze dwie godziny marszu, przerwa na zimne picie, znowu dwie godziny marszu. Po czterech - pięciu godzinach, o ile pogoda pozwoli, zatrzymujemy się na dłużej. Wyjmujemy gary i gotujemy jedzenie. Nasze ulubione potrawy to liofilizat i chińskie zupki yum-yum. Po obiedzie znowu marsz, krótka przerwa na czekoladę i jeszcze dwie godziny dygania. Po dziewięciu godzinach rwania po lodowcu rozkładamy biwak. Przy dobrej pogodzie rozstawiamy (dla naszej psychy) zabezpieczenia „przeciwniedźwiedziowe”. Po wgramoleniu się do namiotu gotujemy mnóstwo herbaty. Dziennie przechodzimy 20-25 km, ciągnąc za sobą pulki ważące 50 kg.
Po siedmiu dniach docieramy do Polskiej Bazy Polarnej, położonej u wybrzeża fiordu Horsund w Zatoce Białego Niedźwiedzia. Bazę założono w lipcu 1957 roku w czasie trwania Międzynarodowego Roku Geofizycznego. Pierwszym kierownikiem i założycielem bazy była ekipa polarników, która przybyła pod kierownictwem dr Siedleckiego. Od 1978 roku polscy Polarnicy na stałe zamieszkują Horsund i prowadzą tam badania naukowe. Co roku w lato przypływa z Polski statek z zaopatrzeniem, paliwem i koniecznym sprzętem wraz z nową załogą stacji, która na rok zostaje ulokowana w bazie. Wśród naukowców są sejsmolodzy, meteorolodzy, magnetycy, osoba odpowiedzialna za łączność, mechanik i kierownik wyprawy. Razem osiem osób.
Baza dla nas jest, jak najwspanialsze schronisko górskie. Otrzymujemy tu schronienie: napojono nas i odżywiono, a także udzielono lekcji militarystycznej. Żaden z nas w wojsku nie był, a jak któryś dotyka się wypożyczonej broni, to drugi albo stoi za plecami pierwszego, albo chowa się za najbliższą kupą kamieni czy zaspą. W bazie uczę się mianowicie, że strzelba to nie sztucer.. Mam też w ręku dubeltówkę, taką jak nosił Pan Tadeusz, a w chwili, kiedy musiałem jej użyć, poszło mi tak samo świetnie jak i jemu. Ale nadal nie wiem, boję zapytać się kierownika bazy, czy dubeltówka jest strzelbą czy nie? Jeśli nie, to co nią jest?
Kolejnej lekcji udziela mi już Maciek. To, że słońce nie zachodzi to jest trochę dziwne, ale do pojęcia. Ale to, że obniża się i dotyka horyzontu na północy zamiast zachodzie - to już wymaga większej wyobraźni. Zresztą wschodzi też na północy. Nie byłem w wojsku i nie byłem pilnym uczniem, a na Prawie tego wszystkiego nie uczą, i stąd te szykany.

Na początku trochę trudno jest przyzwyczaić się do zasypiania nawet o 24:00, kiedy wciąż świeci słońce, prosto w nos, do namiotu. Jednak wkrótce okazuje się, że dzięki temu nie musimy się śpieszyć z rozpoczęciem dnia i kończeniem marszu. Ciemność nas nie zaskoczy! Nic nas nie zaskoczy, oprócz białego niedźwiedzia!
Przez całą drogę mamy dwóch wiernych przyjaciół, bez których przejście długich lodowców jest nie możliwe. Pierwszy to GPS, wskazujący drogę we mgle czy burzy śnieżnej, kiedy ledwo widać końce nart. Podczas jednej takiej burzy, pomimo wciąż włączonego GPS, mylimy drogę na przełęcz o jedyne 40 metrów na 40 kilometrowym lodowcu. Kompletnie zapychamy się na stromym podejściu. Sanki się wywracają, ściągają w dół a my z oczami na szypułkach rwiemy bez sensu do góry. Jak już po godzinie wyładowaliśmy całą energię na 15 metrowym odcinku, to dopiero wtedy uruchamiamy nasze mózgi i zakładamy biwak. Następny dzień - pogoda blacha, a nasza droga prowadzi 40 kroków od namiotu, 12 km prosto z górki do fiordu.
Drugi przyjaciel - szara taśma. Szara taśma służy przyklejaniu fok do nart, łączeniu połamanego masztu namiotu, przyklejaniu ładunków w zeribie „przeciwniedźwiedziowej”, zalepianiu dziur w spodniach... ale przede wszystkim zaklejaniu otwartych ran na stopach. Bez taśmy po dwóch dniach nie uszlibyśmy ani kilometra, ani nawet buta byśmy nie założyli. Plastry są dobre jak ktoś się skaleczy przy obieraniu marchewki, ale nie przy chodzeniu na nartach. Szara taśma king!
Lodowce na południu są piękne i ogromne, a mosty śnieżne o tej porze roku (kwiecień - maj) pewne. Można iść i zatopić się we własnych rozmyślaniach. Przez dziewiętnaście dni wędrówki nie spotkamy, oprócz pary Norwegów na nartach i polskich Polarników w bazie, żadnego człowieka. Pod Longyearbyen widzimy za to spore gromady ciekawskich reniferów, które do nas podbiegają, wpatrują się i nagle w pędzie uciekają. Foki przyłapać jest trudno. Na fiordzie wyglądają przez przeręble, ale gdy zbliżamy się na odległość 50 kroków znikają pod lodem. Svalbard to jedno z tych naprawdę nielicznych, dziewiczych miejsc na świecie. Miejsc, w których czujesz się niesamowicie, miejsc magicznych, których człowiek nie zdążył jeszcze spaprać swoimi mądrościami...

Czujemy, że docieramy do miasteczka. Coraz częściej mijają nas wyjące skutery śnieżne. Dwa z nich zatrzymują się koło nas. Jeźdźcy patrzą na nas tak, jak te ciekawskie renifery, ale nie mają w sobie tyle wdzięku i mądrości. Pytają skąd idziemy i czy widzieliśmy „ice berges”? Ja sobie myślę rozejrzyj się chłopie wokoło to je zobaczysz, ale uprzejmie pytam czy fajnie się jeździ tym cudem? Odpowiada „yes, this is very relaxing”. Ja sobie myślę, że nie chce wracać do świata, w którym trzeba napieprzać 150 km/h skuterem, żeby się zrelaksować. „Ice berges” to nie to samo co „ice beares”, ale ja znam tylko „polar beares” ... jedźże człowieku skąd żeś przyjechał!
Od tego czasu ulubionym naszym powiedzeniem wyjazdu stało się „this is very relaxing”. Na przykład przyklejanie ładunków wybuchowych do nart kiedy palce odmarzają, zakładanie butów na zmaltretowaną nogę, nie mycie zębów, napełnianie menażek śniegiem, to wszystko jest „very relaxing”.
9 maja docieramy do miasteczka. Miało być dużo, dużo jedzenia, a tu dzień zwycięstwa, jak się okazuje nie tylko nasz, ale tych, co to zawsze mają pełne sklepy pysznych rzeczy. Oni świętują zwycięstwo, my też, ale my zostajemy na lodzie przed zamkniętym sklepem. To już kiedyś było...
16.05.02
Kilka porad organizacyjnych:
I. Sprzęt potrzebny na wyprawę:
- narty - najlepiej żeby to były śladówki z wiązaniami i miękkimi butami. Na narty zakłada się foki, a na buty ochraniacze z goretex’u lub cordury. Można też korzystać z nart skitourowych i twardych butów. Pomimo ewidentnie lepszych walorów zjazdowych nart skiturowych, na wyprawę zalecane są narty śladowe. Chodzi tutaj o wagę całego sprzętu oraz wygodę buta. W twardych butach - skorupach dużo łatwiej obetrzeć i odparzyć sobie nogi
- kijki - koniecznie długie najlepiej 150 cm. - jedni wolą teleskopowe inni po prostu kijki do biegania.
- foki - warto mieć jedna fokę w zapasie, a na pewno dwa dodatkowe zaczepy - na mrozie guma parcieje i zaczepy pękają
- pulki, czyli sanki, na których targamy klamoty
- koniecznie smar do nart
- koniecznie WD-40 lub inny szuwaks do zatartych zamrożonych elementów metalowych np. suwaka w namiocie
- namiot ze śniegochronem
- śpiwór puchowy do co najmniej - 200C, najlepiej ze sztucznego puchu naturalny puch wilgnie po dwóch dniach i nie trzyma ciepła, stając się mokrą szmatą
- materacyk samopompujący (karimat jest za cienki)
- maszynkę benzynową, nie butanową. - na mrozie wszelkie bluety epigazy są dziada warte
- boja satelitarna, sztucer, zeriba „przeciwniedźwiedziowa”, rakietnica - to wszystko organizuje się na miejscu w osadzie Longyerbyen, gdzie ląduje samolot i skąd zaczynamy wyprawę,
- GPS ze „wstukanymi” szlakami
- apteczka
- koniecznie termos litrowy lub dwa - jeden na herbatę drugi na jedzenie w ciągu dnia,
- okulary lodowcowe
- standardowy sprzęt wyprawowy
II. Ciuchy i inne akcesoria
- koniecznie należy zabrać ze sobą kurtkę puchową
- w ciągu dnia lodowce przemierza się w goretex’ach lub nawet polarach z windstoperem
- cztery pary rękawiczek, od leciutkich polarowych do grubych narciarskich
- minimum dwie czapki, w tym jedna na uszy
- maska na twarz lub czapka bakalavka (kominiarka)
- gogle
- szara taśma
- łopata do śniegu
- pipsa
- tak dla zasady z 15 m liny, dwie pętelki, dwie śruby lodowe i uprząż
III. Jedzenie - dietę trzeba tak ustalić żeby wszystko było w proszku i nie ulegało zamrożeniu. Najlepiej jeść liofilizaty, kuskus, yum-yumy, płatki, mleko w proszku, zupy błyskawiczne etc. Wszelkie puszki, pumpernikle są po jednym dniu twarde jak kamyczki i trzeba je wsadzać do śpiwora przed konsumpcją.
IV Transport - samolotem do Norwegii. Najlepiej do Oslo a potem do Longyerbyen. Linia lotnicza latająca na Spitsbergen to wewnętrzny przewoźnik norweski - Braathens. Bilety można dostać w biurach SAS.
V. Sezon i wybór pory roku - na narty najlepszy jest koniec kwietnia początek maja, później fiordy topnieją, przepływają lodołamacze i pewne części wyspy stają się niedostępne. W czerwcu i lipcu temperatura wzrasta i potrafi być dodatnia. Wówczas możliwe są wyprawy trekkingowe, które zazwyczaj toną w strumieniach i rozlewiskach nie docierając do celu.
Paweł Kunachowicz
|
Magazyn NarciarSKI nr 15 - listopad 2002
|
|